Dzwonię do Pani/Pana z polecenia…

Wracając z Seeccampu wpadła mi w rękę czwartkowa Wyborcza. Jeden z redaktorów (nie pamiętam nazwiska) opisał swoją sytuację – związaną z wizytą doradcy finansowego. Poszło oczywiście o polecenia. Ofertę sprzedawcy określił jako mizerną. Ale mimo to poproszono go o polecenie 10 osób.

Na liście tematów, które chciałem zawsze poruszyć jest także ten – a mam tu swoje własne przemyślenia. To tak na weekendową lekturę. Lekkostrawnie i nie będzie mowy o liczbach.

Co znaczy „polecać”?

Zastanówmy się. W normalnej sytuacji na czym polega „polecanie”? Na tym, że to MY mówimy znajomym o czymś co:
  • mamy, korzystamy i się nam bardzo podoba
  • nie mamy, ale bardzo się nam podoba
  • nie mamy, nie potrzebujemy, nawet nie podoba nam się w ogóle, ale komuś może to być bardzo przydatne (w końcu go znamy)
Tak to się raczej odbywa. Jeżeli byłem u świetnego dentysty – to opowiem o nim innym, ale raczej nie zostawię dentyście listy telefonów do znajomych. Jak ktoś świetnie naprawił mi samochód to również o tym powiem innym. Ale mechanikowi kontaktów do bliskich mi osób nie podam.

Dlaczego więc w przypadku finansów miałoby być inaczej?

A jak to jest w finansach?

No, nie tylko w finansach. Także we wszelkiego rodzaju marketingach sieciowych. Ale model działania jest taki sam. Najczęściej odwiedzający nas akwizytor lub sprzedawca będzie nas prosił o podanie listy kontaktów. Nawet bardziej stanowczo, gdy z oferty nie skorzystamy.

I tu już zupełnie nie rozumiem ani jednej ani drugiej strony – jeżeli coś co mi oferują (np. jakiś super odkurzacz) nie podoba mi się i straciłem godzinę na słuchanie jaki on jest świetny dlaczego miałbym fundować tę wątpliwą przyjemność innym bez ich wiedzy i zgody? Nawet jak mi nie jest to potrzebne – to znając osoby, które np. z powodu choćby jakiegoś uczulenia na kurz mogłyby być zainteresowane – telefon do sprzedawcy im podam. Ale nigdy odwrotnie! Bardzo takiego namawiania na podanie kontaktów nie lubię. I nie stosuję. A argumenty mogą być bardzo przekonujące… ale nie dajmy się. Miejmy po prostu swoje zasady.

Jaka byłaby Twoja reakcja gdybym poprosił Cię, jako czytelnika bloga, abyś przesłał do mnie 100 adresów e-mail Twoich znajomych abym mógł im opowiedzieć o usługach portalu czy też o moim blogu? 

Jakie mam zasady…

W ogóle uwielbiam słowo „mam taką zasadę” bo rzadko ktoś wtedy dalej dyskutuje. Z zasadami nie powinno się dyskutować.

W grupie najbliższych znajomych przyjęliśmy taką właśnie niepisaną zasadę (i to tak jakoś w naturalny sposób) – pod żadnym pozorem nikomu nigdy nie przekazujemy naszych kontaktów. To takie proste. Wystarczy odmówić ich podania – a powołując się na zasady – możemy mieć prawie pewność, że temat nie będzie dalej drążony. A jeżeli będzie to… świadczy to o naszym rozmówcy. Nie dajmy się zmanipulować.

Nie znaczy to, że nawzajem nie polecamy sobie wielu ciekawych produktów czy też usług. Wręcz przeciwnie. Ale robimy to w zupełnie inny sposób. Jeżeli skorzystałem z jakiejś usługi, lub nie skorzystałem, ale bardzo mi się podoba lub wiem, że dla kogoś może być przydatna – to JA MU O TYM POWIEM. I to z przyjemnością. I podam kontakt do osoby, która zajmuje się sprzedażą takiego produktu lub takie usługi świadczy. Czyli polecę tę osobę lub produkt. I wtedy to moi znajomi decydują, czy chcą się skontaktować i skorzystać, czy też nie. I na tym moim zdaniem polegają polecenia. Takie prawdziwe.

Co zyskuję stosując się do moich zasad?

  • nie dzwonią do mnie sprzedawcy, zaczynając rozmowę „nasz wspólny znajomy, pan Karol, prosił abym Panu powiedział o naszej świetnej ofercie” – po czymś takim (podobnie jak redaktor Gazety Wyborczej) zaraz dzwonię do Karola z pretensjami. Jeżeli to takie dobre to Karol mógł mi o tym sam powiedzieć przy najbliższym spotkaniu – lub nawet przekazać telefonicznie lub mailem. Szczerze – może jeden raz musiałem taki telefon wykonać…
  • sam nie obawiam się telefonów z pretensjami od znajomych - gdyż cenię sobie te kontakty – i nie rozdaję ich na lewo i prawo,
  • jeżeli ktoś mi coś poleca – to wiem, że z pewnością zrobiło to na nim wrażenie i szczerze chce się tym ze mną podzielić, a nie że pod naciskiem podał komuś mój kontakt. Wtedy jest o wiele większa szansa, że się tym zainteresuję.

Jak to powinno moim zdaniem wyglądać..

Kontynuując wątek sprzedawcy odkurzaczy – zamiast prosić o polecenia powinien zostawić np. 20 wizytówek, jakiś adres swojej strony www i poprosić o przekazanie informacji tym, którzy mogą takiego urządzenia potrzebować, najlepiej wskazując na to jakie osoby mogą być tym zainteresowane.

A jeżeli poproszę Cię o to aby polecić ten blog znajomym, którzy inwestują…

… lub zaczynają inwestować. Bo o to właśnie chciałbym Cię prosić. To jak zareagujesz?
Możesz wskazać np. artykuł o tym jak inwestować bez prowizji. Lub jak nie tracić inwestując w fundusze. Czy mogę?

Może Cię także zainteresować...:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

2 komentarze do Dzwonię do Pani/Pana z polecenia…

  1. Ewa pisze:

    Słusznie. Ja również spotkałam się z taką sytuacją – pan „doradca” umówił się ze mną po tym, jak otrzymał mój numer telefonu (dodam, że wcześniej osoba „polecająca” otrzymała moją zgodę na przekazanie kontaktu). Oświadczył, że jego usługi są bezpłatne, ale oczekuje w zamian kontaktów. Odpowiedziałam, że popytam znajomych i jeśli ktoś będzie zainteresowany, dam mu znać. Był bardzo oburzony, gdy dostał ode mnie 6 numerów (to mało??) – pozostali nie byli zainteresowani. A więc miał pretensje do mnie o to, że otrzymał ode mnie na tacy kontakty do osób, które były zainteresowane spotkaniem, a nie musiał tracić czasu na obdzwanianie wszystkich. Tak czy inaczej, więcej się na to nie dam nabrać.
    A blog mi się podoba więc z chęcią podam dalej :)

  2. bananqq pisze:

    spoko blog:)

Slider by webdesign